Przemyślenia

Jakby co, to żyję…

Joanna Snopek ·

jakby co to żyję

…ale nie mam coś weny na napisanie czegokolwiek, choć do opisania rzeczy mam stosunkowo dużo (niektóre się już nawet przedawniły, więc może nawet puszczę je w pizdu w niepamięć).

Z hot newsów – będę zajmować niebieskie miejsca parkingowe co najmniej do 2030 roku. Niektórzy są nawet oburzeni tym, że można dostać tak wiele przywilejów i NIEPEŁNOSPRAWNOŚĆ NA SRANIE.

Otóż, moim mili, ja nie chcę żadnego orzeczenia, jeżeli zwrócicie mi moje flaki i będę mogła żyć tak, jak żyłam.

Poza tym 2 sprawy:

  1. skoro nic mi nie jest, bo wyglądam za dobrze…
  2. …to dlaczego każdy pracodawca się mnie boi?

Nic ci nie jest, bo wyglądasz za dobrze

Słyszę to zdanie stosunkowo często już ostatnio, odkąd odrosły mi włosy. Moich ograniczeń nie widać, a ja potrafię je zamaskować na godzinę lub dwie.

Idę na imprezę rodzinną, robię makijaż, zakładam kieckę i szpilki, i nagle sie okazuje, że obrażam swoim zachowaniem wszystkich, którzy są FAKTYCZNIE niepełnosprawni.

To, czego nie widać w tym moim ZA DOBRZE to fakt, że muszę zjeść odpowiednnio wcześniej, żeby się, za przeproszeniem, dosrać przed imprezą, na której siedzę między ludźmi, którzy jedzą i piją, a ja patrzę w pusty talerz, zastanawiając się, czy wybrać kawę czy wodę (bo moje jelita może jednak zechcą wysłać mnie na rodeo po samych płynach) oraz, oczywiście, dlaczego (w wielu przypadkach) muszę słuchać tego ludzkiego pierdolenia, choć ani nic z tego nie mam, ani nikt mi za to nie płaci.

Wcześniej na nudnych imprezach albo jadłam, albo piłam. Dla zabicia czasu. Teraz mogę sobie wyciągnąć telefon. Niestety, jestem na tyle kulturalna, że uważam, że nie pasuje grać w Angry Birdsy przy rodzinnym stole.

Ale może to ja mam złe podejście i po prostu powinnam położyć lachę na te resztki przyzwoitości, skoro inni nie mają oporu przed tym, by komentować mój wygląd.

Nikt nie dał mi przestrzeni na ból

Poza tym (smutne ale prawdziwe) pomyślalam sobie ostatnio, że w tym moim raku najbardziej zabolało mnie to, że ludzie nie dali mi przestrzeni na moje własne uczucia. Albo je umniejszali, albo udawali, że ich nie ma, albo – o zgrozo – WIEDZIELI LEPIEJ.

Kurwa, ja wiem, że ta sytuacja była niekomfortowa i dla nich, nawet mój wygląd budził kontrowersje, bo nie zdecydowałam się na ukrywanie łysej głowy. Ale dlaczego ludzie woleli uczyć mnie, co mam myśleć i czuć, za miast po prostu powiedzieć: „Aśka, słuchaj, nie rozumiem tego, przez co przechodzisz i nie wiem, co mówić i robić” albo coś w deseń: „Nie ogarniam tej twojej choroby, sorry, ale podejrzewam, że jesteś teraz na rollercoasterze”.

I to by wystarczyło. A wiecie, dlaczego?

Ludzie sa różni. Są tacy, któzy chcą udawać, że wszystko jest po staremu i tacy, którzy chcą pobyć sobie ofiarą i szukają współczucia. A ja chciałam tylko tego, żeby ktoś mnie WIDZIAŁ. Po prostu zauważył, że jestem. Choćby nie rozumiał, choćby się bał. Bo ja nie czułam się, jakbym miała raka. Ja się czasem między wami czułam, jakbym miała trąd.

Ze 2 razy byłam też „atrakcją turystyczną”, zaproszona gdzieś po to, żeby ludzie zobaczyli pół-trupa (albo czy faktycznie jestem chora, a nie jaja sobie robię), a kilkanaście razy widziałam, że inni nie chcą, żebym się gdzieś pokazywała, bo byłabym , no sama nie wiem – powodem do wstydu, dyskomfortem?

Więc rada dla was (do zastosowania w życiu w wielu sytacjach): jeśli nie wiesz, czego ktoś potrzebuje w związku z chorobą, tragedią życiową, żałobą czy innym gównem, przez które przechodzi, ale jest to osoba, którą miewasz obok – powiedz jej po prostu, że ją widzisz. Przyznaj się uczciwie, że cię to przerasta. Każdy ma prawo do swoich uczuć. Emocje są często silniejsze niż my. Dlatego nie warto się mądrzyć, ale warto tę osobę widzieć, nawet jeśli się do końca nie ogarnia. Bo dopiero z faktycznej obecności – obie strony mogą iść dalej albo bezpiecznie się wycofać.

Niech sobie pani poszuka spokojniejszej pracy

Nie chciałam iść po papier na niepełnosprawność. Chciałam być, kurwa, jak zwykle dzielna. Nie zrobiłam zbiórki i przewalałam na chorobę oszczędności, więc czemu miałabym żebrać o cokolwiek na to, że mam ubytek zdrowotny?

Ale się okazało, że jestem wybrakowana. Mój stan zdrowia to potencjalny problem, bo jestem jak tykająca bomba. Matki z małymi dziećmi i Aśka po nowotworze.

Problemem są moje kontrole, moje badania, moje częste wizyty w toalecie.

Więc schowałam dumę w kieszeń i złożyłam wniosek o przyznanie mi niepełnosprawności. I wiecie, co? Okazało się, że lekarz z komisji to zrozumiał. On widział, że mam w życiu teraz trudniej. Nie musiałam się prosić ani z niczego tłumaczyć.

Więc mam w dupie to, czy komuś się podoba to, że mam niepełnosprawność, czy uważa że mi się nie należy. Nic w życiu za darmo nie dostanę. Więc pasuje wyciskać maksimum z tego, gdzie jestem, a nie oszukiwać się, że jest inaczej, albo krygować się i być szlachetnym między ludźmi, którzy mają ode mnie lepiej, bo nie uważali za niewłaściwe skorzystanie z sytuacji, w której coś im przysługuje.

A co do spokojniejszej pracy z nagłówka – skoro niespokojna praca to robota przy biurku, telefonie czy komputerze – to muszę się jeszcze przejść do zakładu pogrzebowego i zapytać, czy nie potrzebują kogoś do leżenia w trumnie.

Bo innych pomysłów na mniej stresujące zajęcie – to w tym momencie nie mam.

Podobne wpisy