Czego nie robiłam z moim rakiem

Na pewno nie fetyszyzowałam swojego bólu i nie szukałam grup wsparcia, żeby nie ulegać rozpaczy i nie kisić się w tym mało przyjemnym sosie jeszcze bardziej, niż to konieczne.
Jeśli ktoś potrzebuje poklepania po pleckach i ludzi w tej samej chujni – to proszę bardzo, takie wsparcie na pewno też w wielu przypadkach może pomóc. Ja jednak nie chciałam siedzieć na forach i wymieniać się skutkami ubocznymi chorowania. Siadło mi na węzły chłonne, nie na mózg.
Czy da się odreagować raka?
Nie wiem. Nie będę próbować wetować go sobie CZYMŚ TAM. Że los mnie pokrzywdził, więc muszę to sobie odbić. Nie będę też deklarować, że jeśli wyzdrowieję, to będę żyć LEPIEJ. Cholera wie, co mnie jeszcze czeka i jak będę na to reagować.
Na pewno będę się starała o siebie dbać. I na pewno trochę inaczej patrzę na pewne rzeczy. Doceniam, na przykład, że mogę chodzić i jeść, bo pamiętam, jak było po operacji. Pokrzywiona jak Quasimodo, miałam problem z siadaniem na sedesie. I to mi siedzi w głowie, bo niejedzenie i ograniczenie ruchowe to naprawdę realne problemy, które utrudniają codzienne funkcjonowanie.
Więc… Jako tako nie ma niczego, co mogłoby mi to wszystko zrekompensować, jeśli z tego wyjdę. Nie będę jednak ukrywać, że miałam w ostatni weekend napad głupoty.
A ty, ile jesteś w stanie zeżreć?
Bo ja w cholerę dużo. Nawet teraz. Nie będę się chwalić tym, ile wciągnęłam przez ostatni weekend. Napiszę tylko tyle, że z „normalnych” rzeczy zrobiłam w zeszłym tygodniu naprawdę świetny pieczony udziec jagnięcy.
Jak jelita po ostatniej chemii zechciały łaskawie zacząć odrobinę normalniej pracować, to byłam tak głodna, że dosłownie rzuciłam się na jedzenie, głównie na węglowodany.
Na swoje usprawiedliwienie mam to, że wymieliło mnie tak, że ważyłam prawie tyle, co po operacji. Wyglądałam jak Nosferatu z filmu z '22. Jakbym sobie dołożyła szpiczaste uszy i zrobiła hybrydkę, to bym mogła jebnąć sequel.
Bezduszne piękno Tokio…
…było ostatnio tym, co podziwiałam nader chętnie i często. Niestety, na razie tylko na YouTubie. Byłam też w okolicy góry Fudżi, na Francuskiej Riwierze i nad jeziorem Como.
A wszystko w akompaniamencie kawy i słodyczy. Nawet chipsami nie pogardziłam, choć mam wrażenie, że robią je teraz gorsze. Jakby mniej przypraw sypali. Może Pringles'y wciąż trzymają poziom, nie wiem. Tych nie mogę, no więc dupa.
Schar robi coś „pringlesowatego” bez glutenu. Ale powiem Wam tak – jak ci wszystko jedno, to się zamiennikami zachwycasz. A jak lubisz smak, to zawsze masz fifty-fifty, więc czasem szkoda nawet tracić hajs na sprawdzanie. Tym bardziej, że kto nie zna cen bezglutenowych produktów, to zapraszam je przejrzeć chociaż z ciekawości.
Generalnie testowałam ostatnio 3 rzeczy i zakończyłam to wnioskiem „Nie kupię więcej”. Serio, lepiej brać Grycana na wiadra. Chociaż człowiek ciągle wie, co dostaje.
I w ogóle to mam termin PET. Więc znowu mam ochotę pozajadać się śmieciami. Tym razem jednak nie z potrzeby ciała, ale ze stresu.



