Każda chemia miała inny smak

Każdy, kto choć trochę mnie zna, wie że nieustannie myślę o żarciu, gadam o żarciu i… podniecam się żarciem. Oglądam programy kulinarne, wertuję blogi, od zawsze kochałam łazić po restauracjach i testować nowe smaki, a jak wchodziłam do kuchni, to momentalnie znajdowałam się w fazie relaksu, choćbym miała do ulepienia całą górę pierogów.
Kiedy wykryto u mnie nietolerancję glutenu, a potem skrócono mi flaki, przeżyłam załamkę. Myślałam, że od teraz komitywa „jedzenie i ja” będzie już tylko bolesnym wspomnieniem. Musiałam się w kuchni zdefiniować na nowo i odnaleźć miejsca, do których nie myślałam, że kiedykolwiek wejdę.
Są rzeczy, za którymi tęsknię. Ale nie chodzę głodna (jak się niektórym wydaje). Nie zrezygnowałam też ostatecznie z gotowania.
Pewnie, że żałuję, że niektórych rzeczy już nie zjem. Sernik z Kaiser Patisserie śni mi się po nocach tak samo często jak czeski knedel z Ostrawy albo krokieciki z Tygli Gdańskich (choć tych ostatnich już w menu nie mają. Tak, sprawdzam cyklicznie karty ulubionych knajp, nawet jeśli nie będę w ich pobliżu w najbliższym czasie).
Przy każdej chemii miałam inne zachcianki
A że moje ciało cierpiało, pozwalałam sobie na nie bez wyrzutów sumienia. Przerobiłam lody (dużo i jeszcze więcej Grycanów!), frytki w ilościach wręcz skandalicznych (z różnymi dodatkami), na chemiach 4 i 5 żywiłam się pomidorówką i tuńczykiem z puszki, a potem dogryzałam korniszonami, a teraz… Wsuwam bez opamiętania marynowane pieczarki.
Nie wiem, czy każdy tak ma. Ale rozumiem do pewnego stopnia kobiety w ciąży, które muszą dostać do jedzenia to, na co mają ochotę, bo inaczej wydaje im się, że będą łazić po ścianach.
Kucharz nie musi być gruby
Pacześ w jednym ze swoich programów powiedział, że „chuda na kucharkę to chujowo wróży”, ale generalnie uważam, że to gówno prawda (choć w tamtej sytuacji śmiesznie to brzmiało, to fakt).
Smak i pasja nie znają rozmiaru, płci i innych ograniczeń. Bylejakość i zlewczość w kuchni jest jednak bardzo szybko weryfikowalna. Tak samo jak zamiłowanie do wszystkich pieprzonych weget i innych gotowych przypraw.
Żeby nie było – są rzeczy, które mają smakować gównem, bo to ich urok. Hot dog z Orlenu czy burger z Maka – tam nikt gwiazdki nie oczekuje. I ja lubiłam sobie coś takiego czasem przetrącić. Ale rosół z „magą” czy mielony z wegetą to jest rozbój w biały dzień, jak w łatwym dostępie są wszystkie przyprawy, które zrobią z tych dań coś komfortowego i miłego.
Ale może to moja „ułomność”, że potrafię wyczuć w jedzeniu dużo więcej rzeczy, niż bym chciała. Taki mi się dziwny talent trafił. Do tego stopnia już rozwinięty, że potrafię po wizycie w restauracji gotować danie, odtwarzając je tylko z pamięci. Zajebista satysfakcja i kupa zabawy, choć ciężko mi stwierdzić, co do tej pory najlepiej mi wyszło. Myślę, że w topce jest czeski gulasz na piwie i zupa z wołowych ogonów z soczewicą, choć to nie jedyne moje kulinarne małe zwycięstwa.
Warto jednak coś takiego mieć. A ja, powiem szczerze, od żarcia bardziej lubię tylko szmaty.



