Przemyślenia

Kiedy życie daje ci cytryny i inne tego typu bzdury

Joanna Snopek · · aktualizacja:

Kiedy życie daje ci cytryny i inne tego typu bzdury

Cierpienie nie uszlachetnia. Koniec, nie handlujcie z tym. Cierpienie męczy i frustruje. Dotyczy to choroby, biedy, posiadania niepełnosprawnego dziecka i wielu innych rzeczy, których nie będę już tutaj wymieniać. 

Czy to próba? Czy dostajesz tyle, ile jesteś w stanie unieść? Jeśli tak uważasz i lubisz dźwigać swój krzyż – spoko, nie moja sprawa. Ja lubię, jak jest mi dobrze, miło i wygodnie. A teraz mogę powiedzieć: 3xNIE! 

Poza tym zanim cała ta karawana z moimi dolegliwościami ruszyła, miałam już dostatecznie dużo na głowie, żeby powiedzieć, że już jakiś taki kolec w dole pleców czuję. 

Co zatem możesz zrobić, jeśli ktoś bliski cierpi? Przede wszystkim nie naprawiaj jego emocji, pozwól mu je przeżywać (czy ten ktoś ma 2 lata, czy 102). Bywa to trudne, ale jest do ogarnięcia (i tak, wiem, że ktoś w trudnym położeniu często jest gównianym partnerem do współpracy – szczególnie, jeśli jest diwą cierpienia). Ja diwą nie jestem, nie fetyszyzuję swojego bólu, więc wy mi pozwalacie czuć, ja pozwalam wam. Spotykamy się w połowie, żartujemy z tego wszystkiego i jakoś lecimy do przodu. 

Jeśli chcesz i dasz radę – to bądź. Zrób zakupy, ugotuj zupę, odkurz mu chałupę i słuchaj. Ja sobie czasem chcę poględzić tylko po to, żeby spuścić trochę pary. Od leczenia są lekarze, od terapeutyzowania terapeuci, etc. Ty tej roli nie przejmuj, to nie zadziała.

Aa… Czy boję się, że umrę? NIE CODZIENNIE. Wszyscy przecież odejdziemy. Jedni wcześniej, inni później, ale nikogo to nie ominie. Osobiście – gdybym miała wybierać – to jeszcze bym chciała trochę pożyć. I to z totalnie błahego powodu – jak typowa baba lubię wiedzieć i obserwować. Jak mnie nie będzie, to już niczego nie zobaczę – komu się dziecko urodziło, kto odpieprzył jakąś akcję, czy nawet jaka kłótnia obowiązywała w święta. Pustka. 

To nie “Uwierz w ducha”, nawet zza szyby nie będę na to patrzeć. I właśnie to mnie przeraża. Że będzie wielkie NIC, skończy się. Bo nawet, jeśli coś gdzieś później jest, jeśli istnieje niebo, piekło czy reinkarnacja – to i tak chuj z tym, nikt mi nie pozwoli stać jak za weneckim lustrem, żeby widzieć i wiedzieć. Człowiek umiera, a reszta dzieje się dalej. Dopiero teraz to do mnie dotarło. A także to, że tyle rzeczy jeszcze chciałam zrobić i wiecznie coś stawało mi na przeszkodzie. A teraz nie wiem, czy starczy mi czasu. 

A jeśli starczy i tu zostanę jeszcze choć przez chwilę – to czy życie znowu nie wpędzi mnie w ten sam kierat, w którym będę gonić za czymś, a stracę sens? To, że teraz inaczej to widzę nie znaczy, że wszystko nie wróci na swoje miejsce, jeśli wyzdrowieje. Nie wiem tego, a nie ma co się mądrzyć. Tydzień temu robiłam już po 8 tysięcy kroków dziennie, w tym tygodniu robię po 1200. Odwróciło się to i to kompletnie ode mnie niezależnie.

Jedno jest pewne – perspektywa się zmienia. Z fajnego na złe i z powrotem, a także z uduchowienia na rezygnację i stagnację. Można też pewnie chcieć żyć, jak się jest chorym, a potem tego życia nienawidzić.

Cholera, chcecie to się śmiejcie, ale ostatnio zrobiło mi się przykro, że mogłyby mnie omijać zwykłe dni i rodzinne dramy, które zawsze doprowadzały mnie do pasji.

A potem sobie pomyślałam, że jeśli wszystko wróci do normy, to jak kiedyś przeczytam ten tekst, że mogłam za tym tęsknić, to popukam się w głowę. I wiecie co? Niby to z czapy, ale to wszystko ma w sobie jakiś dziki i porąbany sens. Ale musisz sobie uświadomić, że nic nie jest czarno-białe i że zawsze bardziej chcesz tego, czego akurat nie masz. Jesteś w pracy – tęsknisz do urlopu, jesteś na urlopie – myślisz o pracy. Tacy my ludzie jesteśmy już posrani.

To jak ze słodyczami. Nagle zapragnęłam je jeść, bo dostałam zakaz cukru i glutenu. Kupowałam, testowałam, chodziłam wściekła, jeśli nie wsunęłam jakiegoś gówna na deser. 

A po paru dniach zaczęłam po prostu patrzeć na ciastka w szufladzie i sama się sobie dziwić, czemu ja w ogóle chciałam je jeść. A jeszcze wtedy miałam apetyt, nie to co teraz, po chemii. 

Generalnie… Jestem gotowa na wszystko. I to złe, i dobre, choć nie każda opcja mi się podoba.

Sukienkę do trumny też już wybrałam, choć zastanawiam się, czy H&M to nie jest za bardzo bieda na taką uroczystość. Może chociaż powinnam dołożyć do Zary? A z drugiej strony – czy robaki poczują różnicę?

Jedno jest pewne – to jestem ja. Strój na pewno będzie czarny. 

Jakiś czas temu ubolewalam, że wolne „kwaterki” na cmentarzu są od strony płotu przy drodze. Na szczęście mam matkę na medal – od razu mnie uświadomiła, że na tamte już nie mam co liczyć, bo jeśli już, to będę leżeć koło rzeki. Ja to tak nawet wolę, tam jest bardziej kameralnie. 

Ale gdybyście widzieli minę Beatki, kiedy sobie uświadomiła, co powiedziała! Leżałam ze śmiechu na stole. I wiecie, co? Tak do tego trzeba podchodzić. 

Ja już pomijam fakt, że taki zakup trzeba by było chyba nazwać kawalerką bez kredytu. 

I tak, jestem już po 1 chemii. Czuję się jak połączenie nabuzowanego hormonami nastolatka i kobiety w ciąży. Po sterydach dosłownie szaleję i chodzę po ścianach. A fizycznie jest tak źle, że cały progres, który zrobiłam od operacji, poszedł się jebać. Wyrabianie kroków? Pfu! 

Teraz wstałam wstawić posta, a tak to głównie leżę. Jak popatrzyłam na rowerek, to tylko mi się humor jeszcze spieprzył, a już i tak nie było dobrze. Smak? No o to to nawet nie pytajcie. Mięso miało smakować jak lizane śruby i smakuje. Reszta jest gorzka. A jak zrobiłam sobie kawę, to dostałam takich mdłości, że myślałam, że nie zaaplikuje sobię tabletki, która mi to zastopuje. Ręce mi się tak trzęsły, że nie mogłam otworzyć kartonika. Dowlokłam się potem do łóżka oblana zimnym potem i padłam na nie bez życia, czekając, co będzie się działo dalej. 

Na szczęście mnie ścięło. Po drzemce trochę lepiej. Siadłam przy kompie. Ale w głowie mam taki młyn, że najchętniej łaziłabym po suficie. 

Jeśli chcieliście kiedyś jednocześnie płakać, krzyczeć, walić pięściami w ścianę i na dodatek czuliście totalną bezsilność, to możemy przybić sobie piątkę. 2 dni na oddziale i 4 doby ze sterydem w domu. 60 mg. Według internetu to końska dawka i muszę wam powiedzieć, że naprawdę to czuję.  

Mam na lodówce rozpiskę leków, kilka podpisanych budzików na telefonie, żeby nie przegapić godzin aplikacji tych wszystkich zastrzyków i tabletek, a w lustrze widzę twarz, która już wydaje mi się okrąglejsza przez sterydowe zbieranie wody. 

Szczerze? Do momentu tej pierwszej chemii, jakoś wszystko wydawało mi się łatwiejsze. 

Kryzys numer jeden przeżyłam, jak już cierpiałam z bólu, nie jadłam i krwawiłam, a jeszcze nie znałam diagnozy. Kryzys numer dwa był wtedy, jak leżałam po operacji i miałam wrażenie, że nigdy nie wstanę z łóżka. Kryzys numer trzy jest chyba teraz. Pewnie poprawi mi się humor, ale na razie mam jeszcze problem to ogarnąć. 

Lecę spróbować coś zjeść. Najmniej odrzucające dzisiaj były: mazdamer i rzodkiewki. Mięsa na razie nie tknę, nie ma szans.

Podobne wpisy