Przemyślenia

Moje rakowe piosenki

Joanna Snopek ·

Moje rakowe piosenki

Zdjęłam pas i jebią mnie plecy. I tak myślę, że mogłoby być gorzej, gdyby nie pilates i ćwiczenia na core. Nienawidziłam ich, bo oblewał mnie przy nich pot. Ale kaloryfer się od czegoś musiał zrobić (już go prawie nie widać, bardzo mi go żal). 

Cięli mnie przez kresę (po zrośnięciu ma mieć 80% swojej pierwotnej mocy), a moja blizna zaczyna się nad pępkiem i ciągnie ponad 20 centymetrów w dół. Jak po zabiegu z bloku przerzucali mnie na pooperacyjną, usłyszałam głos “A to ta pani, co z nią mieli tyle zabawy.” To raczej nie był komplement. 

Za kilka dni druga chemia. 

Jak to w ogóle wygląda? Przede wszystkim jest nudno. A potem przychodzi gówniane samopoczucie. 

Przy pobieraniu krwi zapytałam, czy mogę sobie jebnąć kawkę. „Może pić pani wszystko, na co ma pani ochotę, pani Joasiu.”

„To zróbcie mi drinka” pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Najlepiej Glenmorangie dwunastkę, tę z pomarańczową etykietą. Tylko bez lodu. Niby nic wyszukanego, ale jej nazwa znaczy „Dolina Spokoju”. Bo nie wiedzieć czemu, trzęsłam się tam jak galareta. 

A potem trzeba było czekać. Twój “koktajl” jest mieszany tylko dla ciebie i od szpitalnej apteki zależy, jak szybko go dostaniesz. Najpierw cię nawadniają, potem zmieniają woreczki, robią płuczkę i tak aż do zakończenia twojego przydziału. W pierwszy dzień siedziałam do 15, w drugi do 13. Skończyłabym wcześniej, ale poprosiłam o dodatkową dawkę środka przeciwwymiotnego. 

Najpierw próbowałam czytać, ale tablet zsuwał mi się z kolan. Miałam książkę o Japonii, do której cholernie mocno chcę pojechać. Mnie marzą się kwitnące sakury, a Adamowi tor Ebisu. I koniecznie muszę zobaczyć Kamakurę. Zrobiłam po niej już tyle wirtualnych spacerów, że powinnam dostać tytuł honorowego obywatela miasta. 

Jak czytanie nie pomogło, wzięłam słuchawki. I to jest dobry moment, żebym opisała moje ulubione “rakowe piosenki”. 

“Home sweet home” Lindemanna (najlepiej live z Moskwy) – co tu dużo mówić, to jest piosenka o raku. Tam żre kości, u mnie węzły – ale emocje oddaje w 100%. Zawsze coś we mnie poruszała, nigdy nie myślałam, że będę mogła się z nią utożsamiać. 

“Gammelfleisch” Heldmaschine – operację miałam w poniedziałek, od momentu wstania w środę tak się spięłam, że wypuścili mnie w sobotę. Żebyście widzieli, jak spierdalałam z tego oddziału! Najszybciej jak mogłam, choć powłóczyłam nogą (i ze 3 tygodnie ją za sobą ciągnęłam trochę jak zombie). 

Jak już zamontowałam się w aucie, Adam powiedział, że włączy mi zajebistą piosenkę, na którą ostatnio wpadł gdzieś przypadkiem. Strasznie mi się spodobała, bo jest naprawdę dojebana. A jeszcze tytuł “dodaje jej uroku”. Gammelfleisch to “zgniłe mięso”. Za każdym razem, jak jej słucham, to myślę o Rafale. 

Powrotu do domu w sobotę żałowałam już popołudniu, kiedy powinnam dostać dożylnie kolejną dawkę leków przeciwbólowych. Baba z łóżka obok zażywała Poltram Combo, a mnie powiedzieli, że wystarczy mi paracetamol. I wiecie co? Może i pracują w szpitalu, ale gówno się znają. Bolało jak diabli. A potem przyszły mdłości. 

Wiedziałam, że jeśli zacznę wymiotować, to będę musiała jechać z powrotem do Tarnowa. Pomyślałam, że żywej mnie nie wezmą, bo nie chcę tam wracać, więc do wtorku fuczałam z bólu, piłam praktycznie samą wodę i odsypiałam. 

Zeszłam poniżej 40 kilo, ale od środy zaczęłam jeść, zaciskać zęby i chodzić. Nie powiem, bardzo pomocna była w tym sugestywna zjeba od pielęgniarki podczas kontroli pooperacyjnej. Postraszyła mnie wtedy, że jak będę leżeć i jeść zbyt mało, to szwy mi się rozejdą. 

Kocham jeść. Ale wtedy była to dla mnie męka. A że podeszłam do sprawy ambicjonalnie, to dziennie ładowałam w siebie ponad 100g białka. Czułam się jak gęsi tuczone dla foie gras.

A jak wyglądałam po operacji? Jakby mnie wypuścili z obozu. Mam nawet zdjęcia. Żebra dosłownie wychodziły mi przez skórę. Byłam potem pytana, czemu w ogóle robiłam sobie takie selfie w lustrze. Nikt nie mógł zrozumieć, że miałam jakąś wewnętrzną potrzebę uwiecznienia tego dla potomnych. 

“End of the World” Miley Cyrus – można się śmiać, że JA piszę o tej piosence. A ja mogłabym udawać, że to gówno leci teraz wszędzie, więc stąd ją znam. Ale ona jest po prostu obiektywnie dobra, zalatuje mi ABBĄ, a na dodatek frazę “Udawajmy, że to nie koniec świata” odmieniałam już ostatnio przez wszystkie przypadki. Na badania, chemię, z chemii – w aucie wszędzie nam towarzyszy.  

“Gravity” Lacuny Coil – “O, nowa Lacuna”, pomyślałam, włączyłam, wsłuchałam się i przy fragmencie „But the center of my gravity is now shattered/I can't find the balance that I've lost” po prostu zaczęłam płakać. 

Zamknęłam oczy, przykryłam je ramieniem i poczułam się zażenowana. Obok mnie były baby, które przychodzą na chemię już kilka lat, a mnie rozjebało na pierwszym wlewie aż tak, że zaczęłam ryczeć. Boże. Przy piosence. Bo mi się skojarzyła z moją gównianą sytuacją. 

Bez komentarza. 

Choć przyznać trzeba, że jak na 52 lata, to Kryśka potrafi jeszcze poszczuć cycem. Kiedyś dodałabym, że widocznie tak wygląda włoski MILF. Dziś bardziej ciekawi mnie to, czy w ogóle dożyję takiego wieku.

Podobne wpisy