Przemyślenia

Pierwszy stek

Joanna Snopek ·

Pierwszy stek

Rak raczej nie zrobi ze mnie lepszego człowieka. Ale gorszego chyba też nie. 

Teraz może trochę mniej gryzę się w język, ale naprawdę odpalę się dopiero, jeśli faktycznie będę miała umrzeć. Będę wtedy tak sarkastyczna, żebyście na długo to zapamiętali. 

Włosy… Jeszcze są. Jutro może ich już nie być. A może dopiero za tydzień? Sprawa jest ROZWOJOWA. 

Jak wstawiać nagłówki w blogu? 

Właśnie dostałam zjebę. Adam stwierdził, że uczenie copywritera wstawiania nagłówków w postach na blogu jest poniżej wszelkiej krytyki. 

W sumie miał rację. Muszę trochę zmienić strukturę tych wpisów. 

Nie wiem, czy poprzednie posty są do uratowania. Pewnie kiedyś nad nimi siądę, dzisiaj piszę nowy.

Więc jeśli zauważyliście, że jest inaczej, to jest to celowy zabieg. 

Nietolerancja glutenu jest jak wrzód na dupie

Dotychczasowa instrukcja obsługi mojego żołądka polegała na tym, że jadłam z pasją i zaangażowaniem. Od hot doga z Orlenu aż po restauracje, o których wspominają szanowane kulinarne przewodniki. 

Plan wycieczki zakładał zazwyczaj kiełbaskę z remuladą bądź sosem belgijskim (nazwy różne dla różnych stacji), redbullka w szkle z lodówki (jeśli mieli) lub kawę (jeśli nie było RB lub nie był dostatecznie zimny). 

Główny posiłek stanowiła szczegółowo wyselekcjonowana destynacja, gdzie mieli nakarmić mnie jak królową, a gdzie Adam miał pogrozić mi palcem, jak przyniosą nam rachunek. 

Wycieczki obejmowały też zazwyczaj tzw. “głupotki”, czyli albo jeszcze raz hotdog na dowalenie, albo lody. 

Po takim dniu byłam zazwyczaj przejedzona i szczęśliwa. 

Teraz, tak z marszu, to mogę sobie kupić kawę. 

Nietolerancja glutenu w trasie 

Wracając nie tak dawno z konsultacji, wstąpiliśmy na stację. Adam zamówił hot doga, ja mogłam wziąć sobie… keto przekąskę “ciastko z masłem orzechowym”. I to w 2 smakach! 

Nie jestem psem ogrodnika, nie każę Adamowi zaprzestać jedzenia hot dogów w ramach solidarności, ale Orlen mógłby się bardziej postarać. 

No chyba, że ja w końcu pogodzę się z tym, że największa frajda mojego życia po 33 latach może oznaczać dla mnie truciznę. 

Dieta w nietolerancji glutenu 

O płaczu za makaronem już pisałam, ale tutaj substytut jest możliwy do znalezienia. Nasiona połączone, jak np z Barilli, to taki Mercedes SL500 R129 wśród bezglutenowych, strączki to Renault (niektóre to Scenic, a inne Clio Sport), sama kukurydza to Dacia Sandero (choć polenta jest super), a konjac to taczki z krzywym kółkiem (chcesz pchać, a i tak nie pojedziesz). 

Możesz też zrobić chlebek kukurydziany, próbować miksów mąk do wypieków, a zamiast pierogów jeść sam farsz. Jest jednak jedna rzecz, której nie zastąpisz. 

Semmelknödel, czyli knedel z bułki. Odmieniany przeze mnie przez wszystkie przypadki. Z samej bułki, z różnych rodzajów pieczywa, ze szpinakiem, z serem, z boczkiem, z wszystkim tym na raz. Gotowany i pieczony, jeśli miałam mniej czasu. Na ciepło z gulaszem i zimny wyjadany z lodówki ciemną nocą. 

To jedyna rzecz, której tak naprawdę i szczerze mi brakuje. 

Wszystko inne zamyka się w “jedz, co lubisz, reszta udawaj, że nie istnieje.” 

Plus to, co mnie obowiązuje teraz, czyli dieta w chemioterapii oraz anemii. Dziś na obiad miałam szynkę wieprzową bez konserwantów, cheddar, jajka, tzatziki i buraki z oliwą, czosnkiem i octem balsamicznym. Korzystam, bo mam apetyt. Po chemii przez kilka dni będę prawdopodobnie jeść tylko jajka, odżywkę białkową i popijać czekoladowe Nutridrinki. 

Generalnie moje żywienie nazwałabym teraz wysokobiałkowym clean eating. Choć na początku myślałam, że jesli wytną mi jelito, z moją nietolerancją glutenu, zostanie mi w repertuarze tylko kurczak i gotowana marchewka. Byłam tym przerażona. 

Czytanie etykiet w diecie bezglutenowej

Zazwyczaj w sklepie wkładałam do koszyka to: co lubię, czego niegdy nie próbowałam, co mnie zaciekawiło i… Makaron. Serio, pastę kupowałam kompulsywnie. Miała w kuchni specjalna półkę, która rzadko kiedy tak po prostu się domykała. 

Teraz muszę zerknąć na każdą etykietę, eliminując z produktu gluten i biały cukier. Spontaniczne kupowanie bzdur nie wchodzi więc w rachubę. 

Podczas takiego procesu można dostać kurwicy, ale łatwo zauważa się też pewną zależność – a mianowicie to, jak zajebiście mocno jesteśmy truci.

Weźmy głupie suszone pomidory. Miałam w szafce 2 słoiki, każdy z innej firmy. Jeden jest z cukrem (więc wiadomo, że musi wylecieć), drugi bez. Ten sam produkt, a jak nie popatrzysz, to jesz gówno. 

I niby o tym wszystkim wiedziałam, ale póki mogłam, to na wiele rzeczy byłam w stanie machnąć ręką. Teraz już nie mogę tego robić. 

Nie pytajcie mojego portfela, czy jest z tego zadowolony. Ja mogę powiedziec tylko tyle, że na diecie onkologiczno-bezglutenowej momentami czuję się jak cesarzowa. 

Jak usmażyć dobry stek? 

Przed operacją naczytałam się bzdur z internetu i myślałam, że po resekcji jelit będę musiała przez 3 miesiące żreć same przecierane papki bez przypraw. 

Dziś, po 8 tygodniach od operacji, mam już w lodówce swój pierwszy stek. Jutro wbiję w niego zęby. Będzie musiał być mocno wysmażony (na chemioterapii obowiązuje zakaz pokarmów, które mogą doprowadzić do jakiegokolwiek zatrucia, czyli “surowych” jak krwiste steki i jajka na miękko, dojrzewające sery, etc). 

W czasie mojej kuchennej absencji, Adam został mistrzem świata w smażeniu wołowiny. Ja jadłam dziennie 2 serki Danio albo wafla ryżowego i kawałek banana, a w skrajnych przypadkach piłam tylko na wodę z miodem, a on wpieprzał steki. 

Po operacji zaczęłam jeść, ale moje jelita tolerowały z 5 produktów. Z mięs mogłam tylko kurczaka, którego absolutnie nienawidzę. 

Więc Adam jadł stek, a ja siadałam po drugiej stronie blatu tylko po to, żeby popatrzeć na wołowinę. Sok wypływał z mięsa przy krojeniu, a ja przełykałam ślinę, myśląc tylko o tym, że w lodówce znowu czeka na mnie gotowana pierś. 

100 gram białka dziennie. Praktycznie samym kurczakiem. Od patrzenia w talerz aż mnie cofało. Postanowiłam wtedy, że muszę pilnie zacząć rozszerzać dietę, po prostu słuchając swojego organizmu. 

Czy można codziennie jeść jajka?

Byłam ostatnio u gastroenterologa. Pani doktor popatrzyła w moje wyniki i powiedziała, że muszę mieć w jadłospisie czerwone mięso albo podroby, a nie “jakiegoś tam kurczaczka.” 

Szczerze? Od kilku miesięcy nic mnie tak mocno nie ucieszyło. 

I stąd ten stek w lodówce. Wołowina, wątróbka i serduszka w chwale dołączają do codziennych jajek. Cholesterol to teraz mój najmniejszy problem.

A co, jeśli czerwone mięso w nadmiarze jest rakotwórcze? 

I tak muszę iść do dietetyka. Pewnie będziemy to rozplanowywać, szukać żelaza także w innych produktach, etc. Ale zanim sie tam znajdę, pozwolę sobie odreagować tego pieprzonego kurczaka. 

Przez kilka dni będę jeść tyle wołowiny, co statystyczny John z Teksasu.

Podobne wpisy