Podsumowanie stycznia

Podobno każdy ma w sobie ciemną i jasną stronę. Ja też mam. Jedna Aśka wie, że musi o siebie dbać – druga chciałaby być gwiazdą rocka. I to nie o to chodzi, że lubię śpiewać, czy coś. Uwielbiam sobie coś tam nucić – fakt, zdarza mi się podśpiewywać pod nosem kawałek, który akurat gra mi w głowie, etc. – ale tu kompletnie nie chodzi o muzykę.
Zatrzymałam się ostatnio w Lidlu przed półką z alkoholami, a przed oczami stanęła mi Consuela z Family Guy'a, powtarzająca „No, nooo”. Miałam już zacząć rozkładać na czynniki pierwsze to, dlaczego alkohol (dla mnie i w ogóle) jest zły, ale zanim zaczęłam rozbijać argumenty na grupy „ZA” i „PRZECIW”, w uszach zagrał mi refren z „Comy White”. Fakt, że akurat chodzi tam o inne substancje – w ogóle nic nie zmieniał. Sens ostatniego wersu i tak pasował. Czego bym nie aplikowała – to ode mnie samej mnie to i tak nie uratuje.
Złotą myśl wyrzekłam. Kurtyna w dół.
Nikt nie jest w życiu ofiarą. A przynajmniej ja tak nie uważam. Po prostu czasem mamy pecha, a czasem szczęście. I nie liczę na cud. Chciałabym tego jednego zapalnika, który da mi kopa.
CV autodestrukcji
Mówiłam, że na gównie ślizgnę się do końca stycznia i miałam całkowitą rację. Jakby co – to przerabiałam MINDSET.
W życiu najwięcej przynosi żmudna, powtarzalna rutyna – a ta nigdy nie była i nie będzie sexy. Rzeczywistość jest nudna. I nie muszę pisać „Change my mind” – ja to po prostu wiem. Chyba dlatego tak bardzo lubię od niej uciekać.
Ostatnio miałam wrażenie, że mentalnie czołgam się po podłodze i szukam, czy wpadnę do dziury, czy w końcu wdrapię się na jakieś krzesło.
Styczeń jest podobno na wzięcie rozpędu
Lubię ten blog. Nawet nie za to, że zdarza mi się tu wrócić, przeczytać jakies posty i czasem nawet popukać się w głowę. Bardziej chodzi o to, że mogę popatrzeć na to, czy i jak się zmieniam – i w jakim momencie życiowym i psychicznym akurat jestem.
Ale czyż nie dlatego pisze się pamiętnik?
A ten jest jeszcze specyficzny – bo ekshibicjonistyczny.
Jak wrócę do tego posta, to zobaczę typową nihilistyczną Aśkę w pełnej krasie. Czasem lubię nią być. Choć wiem, że dla świata jest ona raczej ciężka do strawienia. W tym stanie nie jestem zjadliwa. Szczególnie dla innych.
W sumie to mam dzisiaj imieniny
Minął rok. Tak to liczę, bo wtedy się to wszystko zaczęło. Przeszłam przez proces choroby po swojemu. Na koniec musiałam to między innymi zapić. Co miałam w głowie, to miałam – wszystkim się i tak wydawało, że mam to po prostu w dupie.
Zadziwia mnie, skądinąd, podejście ludzi (którzy mnie niby znają), do tego, że mam w głowie taki przeciąg, że o niczym nie myślę. A już na pewno nie w ramach analizy. Bo skoro z wierzchu wydaje się twarda, to zamiast serca mam kamień, a w mózgu tylko kilka szufladek i parę mechanizmów – ot tyle, żebym się nie zabiła, wchodząc na ściany.
Nie powinnam pić – a piłam. Mogłam wziąć psychotropy – ale z tego akurat zrezygnowałam. Z mojej choroby powstało tabu. Jeszcze większe, niż wtedy, kiedy było widać. Zaczęły mi odrastać włosy – i ludzie wyparli. Nagle się zaczęło „A było jak było, teraz już jest dobrze” (mój ulubiony tekst, dostałam go z życzeniami na urodziny heh).
Nie mam potrzeby, żeby się wygadać czy wspominać. Nie ma czego. Ale to ludzkie udawanie, że nie miałam tego całego zeszłego roku po prostu mnie zadziwia. A poza tym – czuję wtedy, że moje uczucia i przeżycia są umniejszane.
Więc w sumie – dzięki wielkie. Mówiliście, że ja bagatelizuje chorobę, bo starałam się nie rozsypać, a sami (wtedy i teraz) jeszcze bardziej udawaliście, że jej nie ma, zarzucając mi, że to ja za mało się przejmuje.
Mam takie, kurwa, przeczucie, że jakbym szukała współczucia, to bym się dowiedziała, że robię z siebie ofiarę.
Jak to się mówi – no za chuja nigdy nie będzie dobrze.
Na dzień dzisiejszy, 4 lutego 2026 roku – generalnie wiem, kim jestem. Ale nie wiem, gdzie. Moje życie dryfuje, a ja wciąż próbuje je złapać.



