Pół roku bez flaków

Dzisiaj, jak piłam kawę, to na jej powierzchni utworzyła się uśmiechnięta buźka. Tak, byłam trzeźwa. Niczym niemowlę. Jak zresztą cały czas teraz.
I jakoś wtedy dopiero sobie uświadomiłam, że wczoraj minęło mi pół roku bez flaków.
Po pół roku pozwolono mi także odstawić Clexane.
Widzę każde wkłucie. Na wierzchach dłoni, w okolicy nadgarstków i w obu łokciach – po wenflonach, a także te na brzuchu od zastrzyków.
Jakbym wzięła flamaster i zaczęła łączyć kropki wokół pępka, to ktoś mógłby stwierdzić, że odkryto nową galaktykę. A to tylko te pieprzone przeciwzakrzepówki.

Widzicie to zdjęcie powyżej? Mniej więcej tam, gdzie wskaźnik, przebiega i moja linia cięcia. Tyle z grubego nie mam, a z cienkiego jeszcze w cholerę więcej.
Nie wiem, ile przechowują takie cuda w formalinie, bo zaraz po badaniu się ich nie wyrzuca. Może Rafał poleciał już kominem do nieba, a może jeszcze trzymają go gdzieś w wiadrze pod ścianą.
Chciałabym jednak, żeby nie przyszło mu już na myśl reaktywować się czy to na flakach, czy gdziekolwiek indziej, bo jak powiedziała na ostatniej wizycie moja doktor – z chłoniakiem to jest tak, że przerzut może pojawić się gdziekolwiek, nawet w najbardziej dzikim zakamarku ludzkiego ciała.
Fajnie. Ale ja już podziękuję. Żadnego kolejnego fragmentu nie mam już ochoty wycinać.



