Przeżyłam Ozziego Osbourne'a

Ozzy umarł. Ja raczej będę jeszcze żyć. A właściwie nieśmiało się na to zanosi.
PET mnie do trumny nie położył, a pokazał mi na mój temat kilka interesujących rzeczy. Fakty są takie, że tego pierwszego nawet nie miałam w rękach. Ten odebrałam i przestudiowałam wręcz z lupą. Okazuje się na przykład, że mam wydłużony kształt wątroby, za małe zatoki i jakiś dodatkowy fragment śledziony.
Za cholerę bym o tym nie wiedziała, gdyby mnie tak dokładnie nie zeskanowali. A ktoś faktycznie przyjrzał się wszystkiemu z uwagą, bo w sumie szukał we mnie ognisk raka.
Nie snuję planów, to jeszcze nie czas. Jedyne, o czym myślę, to żeby włosy szybko rosły, a życiowy zakręt pozwolił się jakoś wyprostować. Ale… Jeszcze co najmniej kilka tygodni w zawieszeniu na pewno polewituję. A co mi powiedzą po całym cyklu chemioterapii? Tego jeszcze nie wiem.
Najgorsze jest to, że człowiekowi wszystko powszednieje. Nawet rak. Jest nudny i uciążliwy, wkurwia mnie, ale… Umiem z nim żyć. Dziwnie brzmi? Czy ja wiem, to czysta rezyliencja. Można zregenerować głowę (jeśli się chce), można zregenerować ciało (na co przykładem są moje flaki, które jedzą już przecież wołowinę).
A ja, no coż… Po prostu otwieram rano oczy i już wiem, czy wstanę z łóżka, czy zostanę w nim do wieczora. To bardziej przetrwanie, niż pełna egzystencja, ale trudno. Gorsze momenty przez ostatnie pół roku też już miałam.
RIP dla Księcia Ciemności. Słuchałam go za dzieciaka, słucham teraz, słuchać będę zapewne do śmierci. Był ćpunem, alkusem i degeneratem, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale dla mnie był przede wszystkim muzyką. A serio, Black Sabbath i Ozzy solo są ze mną już ponad 20 lat. To chyba świadczy o tym, że łączy nas dość silna więź.



