Sterydowe update

Winna wam jestem wyjaśnienie, jak to się wszystko zaczęło. Historia bez szerszego kontekstu zazwyczaj kupy się nie trzyma.
Zanim jednak zaczniemy, to jeszcze ze 2 zdania: tak, mam w głowie teraz młyn. Jeśli czytaliście wcześniejsze posty, to raczej zauważyliście.
I w sumie to mnie jebie, co ktoś o tym myśli. Nawet, jeśli momentami sobie przeczę, to postawcie się na moim miejscu. Świadomość choroby plus te wszystkie medykamenty robią mi kiełbie we łbie.
Jak to po sterydach mówił Adam: „To dzisiaj spanie, czy dramacik?”. Bo tak właśnie mam. Nie noszę na barkach bólu świata, nie twierdzę, że mam najgorzej na świecie, nie szukam w tym cierpieniu poklasku. Ale czasem w ciągu 5 minut przeżywam stany od rozpaczy do euforii. Męczące, uwierzcie na słowo.
Dziś, już po odstawieniu sterydów, jest psychicznie całkiem spoko. Nie mam ochoty ani krzyczeć, ani płakać. Jestem zmęczona, ale jestem sobą. Złośliwy chłoniak i sarkastyczna Aśka, wszystko na swoim miejscu.
Wczoraj nawet na godzinę zapomniałam o tym wszystkim. Wystarczyło włączyć kilka odcinków „Co robimy w ukryciu”. Lubię to gówno, a ostatni sezon jakoś tak leżał odłogiem. Widzieliśmy wczoraj 3 odcinki, a ja bawiłam się tak dobrze, że dopiero jak wyłączyłam Maxa, czy jak oni się tam teraz nazywają, to wstałam, stanęłam w drzwiach sypialni i pomyślałam: „Kurwa, nie mam flaków, mam chłoniaka.” I przez chwilę było mi dziwnie. Nierealnie.
A potem stwierdziłam: „No i chuj. Nie prosiłam się, a dostałam. Życie.” Muszę iść dalej. I będę szła, dopóki będę żyła. Nikt z nas przecież nie wie, czy będzie szedł jeszcze 40 lat, czy 5 minut.
Czy wykorzystam mój czas najlepiej jak umiem? Pewnie nie, ja tam potrafię sobie życie pieprzyć wręcz koncertowo. Niespokojna dusza, ciągle czegoś szukam. W każdym razie dziś jest już lepiej. Nawet już jem. Na razie tylko zupę pomidorową i jajka, ale chociaż cokolwiek przechodzi mi przez usta.
I kawę też już piłam!
A historię mojej choroby, no cóż… Przełóżmy jeszcze na kiedy indziej.



