Przemyślenia

Wszystko zaczęło się od rosołu

Joanna Snopek · · aktualizacja:

Wszystko zaczęło się od rosołu

Czy jak masz przy jedzeniu włosy w zupie, to już ten moment, żeby chwycić za maszynkę, czy muszę zacząć ściągać je z głowy kępkami? To jest dylemat na ten weekend. Wolałabym mieć inne problemy.

Chętnie rozważę, jakie wino kupię na sobotę. Kiedyś nalewałam sobie lampkę, kładłam się na kanapie i nastawiałam Rammsteina. Taki rytuał oczyszczenia. Albo piliśmy z Adamem ciepły mezcal, mając w dupie, że powinna koło niego leżeć cytryna. 

Whisky? Też chętnie, ale – na Boga – nie torfowe! Wódkę mrożoną co najmniej 24 godziny, a na rano – zimniutkiego redbullka (tylko ze szkła!).

Potem zamieniłam sobotnie wino na niedzielne słodkie śniadania. Mocna kawa i pączek, a do tego dobierałam jeszcze coś ekstra. Masa cukru, gluten i maksymalnie podniesiony poziom dopaminy. 

Z tego wszystkiego została mi tylko kawa i wszystkim znane „Kiedyś to było!” 

Ale wróćmy do tego, jak to się wszystko zaczęło. Jak to usystematyzuję, to prościej będzie spojrzeć na moją sytuację. Nie, żebym się chciała chwalić, ile to nie przeszłam i jaka to nie jestem dzielna. Nie. Jest mi po prostu lepiej, kiedy piszę. Choć już zauważyłam, że nie wszyscy moi bliscy to pochwalają. 

Nie chcę zostać rakową celebrytką. Wolałabym być zdrowa i mieć święty spokój. Wierzcie mi, już jestem zmęczona. A nie wiem, czy jestem w połowie, w 1/3, czy dopiero na samym początku. 

Czytam teraz o ludziach podobnych do mnie. Serio, oni naprawdę chorują latami, z nawrotami choroby i nowymi chemiami. A ja się po prostu boję takiego losu. Chciałabym to przetrwać, zamknąć i iść dalej. Zapomnieć pewnie nie. Ale na pewno odciąć grubą kreską. 

Czy ktoś tanio przepowiada przyszłość? 

Bo ja bym wolała wiedzieć. Jak mam umrzeć, to trudno. Ale na pewno poszłabym w tango i na 200% jadłabym wszystko to, czego nie mogę. I koniecznie pojechałabym nad morze. A potem weszła do KAISER Patisserie w Gdańsku nad Motławą i zeżarła wszystkie serniki, które mają na wystawie. Mam nadzieję, że „kajzera” wciąż podają z tą grubą czekoladową “monetą” na wierzchu. 

O innych głupich rzeczach pisać nie będę. A przynajmniej nie na razie. Ale wolałabym wiedzieć, jeśli umrę. Z chęcią – dostatecznie wcześnie. Te pomysły muszą zostać zrealizowane. 

Tymczasem wyobraźcie sobie, że cała akcja zaczęła się od rosołu. Ale nie takiego, że kupicie 3 nóżki, dorzucicie wegety, zamieszacie 3 razy i wykładacie na talerz. 

Aśka jak robiła rosół, to rezerwowała na to pół soboty. 

Piekłam mięso i warzywa, zachowywałam kolejność, czas i alchemię. Wkładałam szponder, wołowe ogony, perliczkę, kurę i stałam nad garnkiem, łowiąc szumy sitkiem. Nawet czasem robiłam makaron. 

W rezultacie to, co wychodziło, było po prostu niesamowite. Ciemne, mocne, aż łyżka stawała. I właśnie ten rosół pewnego sobotniego popołudnia podrażnił Rafała. 

Po prostu zjadłam, a kilka godzin później zwymiotowałam krwią. Był koniec stycznia, sobota wieczór. Inni szli pewnie na balety, ja wylądowałam na izbie przyjęć. 

Dobra. W grudniu bolał mnie żołądek. Ale przyznaję, że ostro wtedy ćwiczyłam, nie piłam alkoholu i nie jadłam cukru. Jak przyszło do świąt, to postanowiłam, że zrobię sobie dyspensę i zjem oraz wypiję wszystko, na co tylko będę miała ochotę. 

Wydawało mi się więc, że po prostu przeciażyłam sobie układ pokarmowy. Więc najpierw święta, potem Sylwester, zaraz na początku stycznia moje urodziny (a smak tortu wybierałam już od lata). Skończyło się na czekoladowo-kokosowym, z migdałową chrupką w środku. Był obłędny (dzięki, Młoda, naprawdę umiesz dobrze w pieczenie!)

I gdzieś ten żołądek bolał, ale ja miałam iść na badania w lutym, bo chciałam się „przepatrzeć” rok po rzuceniu palenia, bo się naczytałam, że w ciągu tych 12 miesięcy z organizmem mogą dziać się cuda. To samo z hormonami, oczyszczaniem, adaptacją… 

BTW, działy się. Przestałam palić w lutym 2024 (a rzucałam od listopada 2023), a w czerwcu zeszła mi skóra. Serio, wyleniłam się jak wąż, dosłownie płatami odchodziła. 

Kiedy w tygodniu oglądaliśmy „Statystów” Gervaisa, w jednym z odcinków Kate Winslet w stroju zakonnicy wyciągnęła szluga i odpaliła go z taką nonszalancją, że aż zatęskniłam za jarananiem. Mimo tego, w jakiej jestem sytuacji. 

Ale bez dygresji i do brzegu. A „Statystów” sobie włączcie. Piszę to ja, teraz bardziej w klimacie „After Life.” 

Więc… Miałam iść na badania w lutym. Nie doczekałam. Przeznaczenie dopadło mnie wcześniej. 

Z izby przyjęć wyszłam z receptą na żelazo, wizją przetaczania krwi, głęboką anemią, skierowaniem na gastroskopię i wstępną diagnozą wrzodów.

Badanie zrobiłam kilkanaście dni później. Na gorąco okazało się, że żołądek jest czysty, pobrano mi też wycinki. Samą gastroskopię wspominam źle, bo była nieprzyjemna. Dusiłam się od rury w gardle, a łzy leciały mi z oczu tak intensywnie, że pielęgniarka głaskała mnie po głowie jak dziecko. A ja miałam w myślach tylko to, że skoro wrzoda nie ma, to – o zgrozo – trzeba będzie we mnie zajrzeć jeszcze od drugiej strony. A  widziałam tych panów wyłażących z gabinetu przede mną. Wchodzili na kozaka, wychodzili pokonani. Ot, kolonoskopia w pełnej krasie.

Ostatecznie jednak kolono mnie ominęła. Dlaczego? Lekarz rodzinny dostał moją morfologię i zadzwonił ze skierowaniem do szpitala. W międzyczasie przestałam jeść (i w sumie nie jadłam około 2 miesięcy, bo wafel ryżowy i pół banana dziennie to nawet nie jest racja żywnościowa na podtrzymanie funkcji życiowych), zaczęłam też intensywnie krwawić z jelit, w brzuchu wyczułam guz i drugi raz pojawiłam się na izbie. 

Podczas 1 pobytu w szpitalu dowiedziałam się, że wyglądam maksymalnie na 22 lata (cóż za miłe kłamstwo!), badanie per rectum muszę chyba polubić, bo wszyscy chętnie wsadzają mi palec w dupę, a przetaczanie krwi jest po prostu nudne. 

Miałam też USG, które wprawiło wszystkich w konsternację i tomografię, która spowodowała, że chcieli mi po diagnozie podawać środki na uspokojenie. Zapytałam wtedy, czy im się wydaje, że rzucę się na podłogę i zacznę histeryzować. 

Ze szpitala wyszłam we wtorek, w środę oglądał mnie już chirurg onkolog. Guz został Rafałem, bo jak się ma 18x10x8 centymetrów, to chyba zasługuje się już na jakiekolwiek uhonorowanie. 

Czy mogłam wyczuć go wcześniej? Dobre pytanie. Siedział na dnie miednicy, mocno z tyłu, musieli go stamtąd dosłownie wyskrobywać. Teoretycznie więc ukrył się przed moimi oczami najlepiej jak mógł. 

Operację miałam 24 marca. Szłam na blok bez okularów, więc mój strach jeszcze dodatkowo się zintensyfikował. 

Dwa dni ładowali mi w żyły opioid, obok łóżka stała pompa, podająca mi go na okrągło. No i to był jeden wielki bad trip. Na szczęście mój zakaz odwiedzin podziałał i w tym stanie widział mnie tylko Adam. Drugiego dnia wieczorem dostałam ataku paniki, kiedy zsunęłam się z poduszki na tyle, że moje stopy dotknęły brzegu łóżka. Adam chciał mnie podciągnąć, a mnie się wydawało, że jeśli przesunie mnie chociaż o kawałek, to szwy puszczą, a w brzuchu zrobi mi się dziura.

Trzeciego dnia zabrali pompę. Wróciła świadomość i pojawił się większy ból. Fizjoterapeuta posadził mnie na łóżku, a ja pomyślałam, że nie ma w tym wszechświecie szansy na to, żebym zaczęła chodzić. 

I nie było to problemem aż do popołudnia. Wtedy poczułam bowiem, że moje jelita zaczynają działać. Strasznie się ucieszyłam, a jednocześnie pomyślałam, że jestem w naprawdę wielkich tarapatach.  

A teraz brzydka prawda. Jak leżysz, to robisz pod siebie. Moje jelita 3 dni nie działały, więc miałam tylko cewnik. Jak zaczęłi mnie karmić, żeby je uruchomić, musiałam poprosić o pampersa. No i go dostałam. Ważyłam 41 kilo, a ktoś przyniósł mi rozmiar, który pasowałby na kogoś 2 razy ode mnie większego. Moje nogi wystawały z niego tak, że mogłam w otwory wsadzić obie dłonie. Nie wróżyło to dobrze na wypróżnianie. 

Czułam się upokorzona i zlekceważona, i ta złość chyba dodała mi sił. Wieczorem wstałam z łóżka, żeby pójść do toalety. Czułam się jak główni bohaterowie w tych wszystkich filmach, gdzie 5 razy ich postrzelili, a oni i tak wstają, biorą pistolet i walczą dalej. 

Bo ja też walczyłam. Powiem wam tak: można bać się jeść, bo ja przez 2 miesiące drżałam na myśl o posiłku i o tym, czy go zwrócę. Można nie chcieć iść do toalety, bo z paniki aż się trzęsiesz, obawiając się tego, ile krwi zobaczysz.

W końcu można płakać, będąc w toalecie. Bo z jednej strony bardzo się cieszysz, że wycięli ci prawą stronę, co oznacza, że po prostu zszyli jelita i nie trzeba było nawet bać się wyłaniania stomii, a jednocześnie wszystko jest tak różne od całego twojego życia, że nie chcesz tam chodzić. 

Mówiłam potem, że za każdym razem w łazience czułam się tak, jakby podczas wycieczki nagle kazali pilotować mi śmigłowiec, a potem jeszcze bezpiecznie posadzić go na płycie lotniska. 

Może i śmiesznie to brzmi, ale wtedy mi się wydawało, że nie wycięli mi flaków, tylko normalność.

Podobne wpisy